top of page
  • Remigiusz Ogonowski

Kapitalizm jest kapitalizm

Rano ulicą idzie mężczyzna, wesoło pogwizduje, jest niski, ubrany w szarą koszulę, spodnie tego samego koloru, na głowie ma kapelusz, w ręku niesie kraciastą siatkę. To Józef Koperek – emeryt. Koperek idąc, co chwila odpowiada na pozdrowienia mijających go przechodniów. Odnosi się wrażenie, że słowom „dużo zdrowia” i „dzień dobry”, nie będzie końca. Dobrze żyje się w Polańcu – takie wszystko znajome – pomyślał Koperek, wchodząc do sklepu. - Litr mleka proszę i dwie bułki. Mówiąc te słowa, potknął się o próg drzwi sklepu. - Mleka to już tu nie będzie, teraz inne czasy idą. - Co pani opowiada, to już nie ma „Gminnej Spółdzielni”? - Nie ma i nie będzie. Koperek dopiero teraz zaczął rozglądać się po sklepie. Wszędzie stoją tekturowe pudełka, półki puste. Ekspedientka, kobieta w średnim wieku, niebrzydka, sprawia wrażenie osoby zadowolonej, jak i przejętej zadaniem, które ją czeka w związku z uruchomieniem działalności nowego sklepu. - To co teraz będzie? - Sex shop. Europa ma to do siebie, że się nie spieszy, ale jak wejdzie to już „pełną gębą”. - A mnie się bardziej podoba „gęba GS”. - Gusta są różne… - To co w tym shopie można kupić? - Między innymi takie gazetki. Sprzedawczyni wyciąga z pudełka pismo erotyczne. Na okładce pisma jest naga modelka o wydatnych kształtach, w ręku trzyma pejcz. - I pani nie wstydzi się takie rzeczy sprzedawać w naszym Polańcu? - Jakby pan był dwa lata na bezrobociu z dwójką dzieci, to… - Na taki jawny grzech nie ma wytłumaczenia. Ja tak tego nie zostawię! Koperek trzaska drzwiami sklepu i wychodzi. Pomimo „emerytalnego” wieku, Koperek biegnie ulicą, mija rzędy drewnianych domków, wiatr co chwila strąca mu kapelusz z głowy, nie zrażony zakłada go co chwila na powrót. Dobiega do kościoła i swe kroki kieruje na plebanię. Jest spocony, ociera chustką twarz, naciska dzwonek u drzwi plebanii. Koperek powtarza cały czas jedną myśl: „żeby tylko był, żeby tylko był”. Drzwi otwiera młody wikary. - W czym mogę pomóc, panie Koperek? - Ja do proboszcza! - Proboszcz jest w Lublinie, wróci za tydzień. - Czyli diabeł już całkiem zapanował nad naszym Polańcem?! - Proszę jaśniej. - Proszę jaśniej?! To wikary nie wie, jakie bezeceństwa się wyprawia pod okiem kościoła?! - Dalej nie rozumiem… - A co tu rozumieć! Idę po mleko, a tu takie rzeczy! Ja księdzu tego nie powiem… - Mamy XXI wiek, o co chodzi? - O szopa sex! - A, o to. No cóż, wraz z nadejściem wolności to było nieuniknione. Kościół tego nie popiera, pozostawiamy to woli sumienia… - Czyli nic tu nie załatwię? Niech ksiądz powie co mam robić. - Można demonstrować i wyrażać swój protest. - Mądrej głowie, dość dwie słowie. - Z Bogiem. - Z Bogiem. Koperek opuszcza tereny kościelne, kieruje się w stronę centrum miasteczka. Przechodzi przez miejski park. Siedząca na ławkach młodzież całuje się. I tak zostawić ich samych sobie, pomyślał dochodząc do jednopiętrowego budynku w centrum miasteczka. Naciska klamkę, wchodzi, pokonuje schody, jest na piętrze. - Pan do mnie? - Tak, do pani. - To zapraszam. W sprawie ogłoszenia? - Tego jeszcze nie wiem. Pomieszczenie, w którym jest Koperek i kobieta, jest przestronne, stoi w nim długi stół, po obu jego stronach stoi rząd krzeseł. Pod jedną ze ścian stoi biurko. Na biurku stoi komputer, obok leży telefon. Koperek siada za stołem. Rozmówczyni Koperka siada naprzeciw. To dziennikarka Kulawska, kobieta zadbana, w wieku zbliżonym do Koperka. - Mamy, pani redaktor, do czynienia z jawnym grzechem! - Nie rozumiem… - Tak, tylko jeden Koperek rozumie, o zgrozo! Koperek ściąga z głowy kapelusz. Wierchem dłoni ociera pot z twarzy, wachluje się rondem kapelusza. - Może wody? - Na wodę już za późno! - Panie Koperek, proszę jaśniej, bo w dalszym ciągu nie wiem o co chodzi. - Poproszę o wodę. Koperek wypija jednym haustem podaną wodę, ociera ręką usta. - Lepiej? - Teraz może być tylko gorzej. - A pan swoje… - Już, już, bo to jest tak: rozpusta wisi nad leszczyńskim grodem. Idę po mleko a tu „G S”-u nie ma, tylko jest szopa sexu! - Tego nie wiedziałam… Sex shop u nas…….? -No widzi pani redaktor, po nitce do kłębka. - Aha, czyli nasz pan burmistrz, który nie ma pieniędzy na regionalną prasę, daje zgodę na taką działalność… Dziękuję, że pan z tym do mnie przyszedł. Dopiero teraz widzę, jaki jest pan oburzony, chętnie się tym tematem zajmę. - Ale ja nie bardzo wiem co dalej… Ludzi zwołać, czy jak… Kulawska uśmiecha się. - Oczywiście, nagłośnimy sprawę w „Hejnale Bieszczad” – zaprotestujemy na całą szpaltę – mogę na pana liczyć? - Nie tylko na mnie, za sąsiadów ręczę. - Świetnie, no to panie burmistrzu… To co, ja zredaguję protest, ogłosimy marsz, bo to chyba jedyna skuteczna forma. - No tak, tylko że emerytura skromna… - O to proszę się nie martwić. Widząc pana wzburzenie myślę, że walczymy o coś więcej niż pieniądze. - No to idę organizować ludzi i informować, czy odwrotnie… - Nieważne jak, byle skutecznie. Spory tłum starszych osób stoi przed budynkiem Ratusza. Na przedzie tłumu wyróżnia się postać Koperka. W ręku trzyma petycję. Jest ubrany w garnitur. Tłum i całe zdarzenie utrwala aparatem fotograficznym Kulawska. - Dość rozpusty i jawnego grzechu! – krzyczy tłum. Po chwili podjeżdżają dwa samochody policyjne. Gromadzi się również grupa młodych ludzi. - Dość zaścianka, emeryci na działkę ! – wykrzykują. Drzwi Ratusza otwierają się. Wyłania się z nich postawna, zwalista postać burmistrza. Jest wyraźnie zdenerwowany, przekroczył 3O rok życia. - Proszę słucham, dlaczego żeście się tu zebrali? - To pan nie wie?! - Panie Koperek – wiem, nie wiem, zapytać muszę. - Protestujemy, bo ja, przewodniczący protestu, Koperek, wręczam panu to i już! Koperek wręcza petycję. - Dobrze, dziękuję wam mieszkańcy Polańca. Wracajcie do domu, a ja ze swej strony postaram się wyjść naprzeciw waszym postulatom, ale pamiętajcie, że mamy XXI wiek.

Kulawska siedzi za biurkiem w swym pokoju redakcyjnym. Kończy pić kawę. Jest w dobrym nastroju. Otwierają się drzwi. Wchodzi ekspedientka z sex shop. - Pani do mnie? - Tak. - Proszę. - Chciałam dać ogłoszenie. Już dwa miesiące szukam pracy, może przez gazetę się uda. - Oczywiście, proszę bardzo. - Tylko, czy jest jeszcze promocja? No na te ogłoszenia za pół ceny? - Niestety, nie ma, muszę gazetę prowadzić z myślą o rachunku ekonomicznym. - No tak, ale ja po części dzięki pani straciłam pracę… - Wobec tego informuję panią, że byłam tylko skromną wyrazicielką woli mieszkańców, innej roli proszę mi nie przypisywać. Ekspedientka otwiera portfel i przelicza bilon. - To może ja przyjdę jak promocja wróci… - Zapraszam, ale kapitalizm jest kapitalizm, niekiedy bezlitosny!

 

Remigiusz Ogonowski - fotograf, wyróżniony m.in. nagrodą Prezydenta Miasta Gdańska w konkursie na scenariusz filmu fabularnego o tematyce związanej z najnowszą historią Polski. Korespondent prasy regionalnej. Opublikował w formie e-booka powieść „Symulant Fotnicki”.

Kommentare


bottom of page