top of page
  • Łukasz Zarzeczny

We Will Rock You, czyli czy uratuje nas Marzyciel? #TEATR

Na przełomie lat 70. i 80. Queen byli jednym z największych, a może i największym zespołem na świecie. Pierwsze miejsca na listach przebojów i listach sprzedażowych, koncerty wyprzedane do ostatniego miejsca. Minęło niespełna pół wieku, Freddie Mercury nie żyje już od 32 lat, John Deacon od 26 lat nie wszedł na scenę, a tymczasem w 2023 roku Queen znów są wielcy, może nawet równie wielcy jak w czasach największej świetności. Nowa trasa koncertowa projektu Queen+Adam Lambert wyprzedała się tak szybko, że niemal natychmiast dodano osiem (!) terminów. W ostatnich latach wszystko, czego dotkną Brian May i Roger Taylor zamienia się w złoto. Nawet hejtowany przez najbardziej zagorzałych fanów film Bohemian Rhapsody. Na fali międzynarodowych sukcesów Queen i wszelkich projektów związanych z zespołem, musical We Will Rock You w końcu dotarł do Polski.



Niekończące się owacje na stojąco na oczach kłaniających się aktorów, a wcześniej las klaszczących rytmicznie dłoni na widowni. Reakcje publiczności nie pozostawiały złudzeń – artyści teatru Roma przygotowali kolejne arcydzieło. Tymczasem pojawiają się głosy niezadowolenia albo raczej niedosytu. Oczywiście nie tak wielkie jak po filmie, ale jednak nie pasują do reakcji tłumu. Czego więc dotyczą?


Sztuka czy rozrywka?

Musical to oczywiście nie koncert. A śpiewający aktorzy nie są Freddiem, Brianem, Rogerem czy Johnem. I nie silą się, by nimi być. Opowiadają nam pewną historię, której osią jest muzyka Queen. Co ważniejsze – historia czy muzyka? W przypadku „We Will Rock You” historia jest mocno infantylna. Musical We Will Rock You miał londyńską premierę w 2002 roku i jest grany do dzisiaj, więc ci, którzy chcieli, idąc do Romy na pewno znali przynajmniej jego zarys. A jeśli tak i mimo to kupili bilety, nie przychodzili do teatru w poszukiwaniu katharsis, tajemnicy, niedopowiedzeń, wyrafinowanej historii z niespodziewanym zaskoczeniem. Wątek jest tak banalny i przewidywalny, że trudno uwierzyć w to, że wyszedł spod ręki Bena Eltona. Ale tak też było nawet w czasach świetności Queen. Nie brakowało zarzutów o zamiłowanie do kiczu i przesady. Mimo złej prasy zespół i tak przyciągał tysiące fanów i sprzedawał miliony płyt. A Freddie i spółka mieli wszystkie negatywne opinie w poważaniu. Choć jeśli ktokolwiek na widowni nie znał przynajmniej zarysu fabuły, rzeczywiście mógł się mocno zdziwić. A nawet zniechęcić. Znający główny wątek mój znajomy, w przerwie nazwał historię mocno „cringe’ową”, co jest (chyba?) dosadnym określeniem na żenadę. Ale już po zakończeniu spektaklu perspektywa mu się zmieniła. Dostrzegł bowiem, że sami aktorzy mają do fabuły ogromny dystans i widać było, że nie traktują tej historii śmiertelnie poważnie. Poważnie podeszli za to do głównego zadania stojącego przed nimi w przypadku We Will Rock You– zmierzenia się z muzycznym potworem, jaką jest twórczość Queen. I tak powinniśmy podchodzić do tego musicalu. Nie jest to na pewno sztuka wysoka, ale taką po prostu być nie mogła. Za to dostajemy kapitalną rozrywkę. I to przez duże „R”.



Freddie byłby zachwycony!

Wracając do głosów niezadowolenia. O tym, że aktorzy z „Romy” nie założyli kolejnego tribute bandu już było. Nikt nie wdział żółtej kurtki. Nie zapuścił z tej okazji gęstego wąsa. I w końcu nikt nie próbuje śpiewać jak Freddie. To zresztą i tak byłoby niewykonalne. Aktorzy śpiewają swoimi głosami, a że mają w gardłach fenomenalne instrumenty, efekt jest piorunujący. Podczas prapremiery 14 kwietnia w rolach główny wystąpili: Maciej Dybowski (Galileo), Maria Tyszkiewicz (Scaramouche), Małgorzata Chruściel (Killer Queen), Łukasz Zagrobelny (Khashoggi), Kamil Franczak (Brit) i Natalia Krakowiak (Oz). Każda postać wyrazista, zapada w pamięć, każda z ciekawą barwą głosu i mocą w płucach. Słychać też było ogrom pracy włożony w wykonania w duetach. Finałowe wykonania We Are The Champions i Bohemian Rhapsody wbijały w fotel. Rapsodia to było mistrzostwo świata. Chłopaki z Queen tłumaczyli, że ich na scenie było tylko czterech i nigdy nie daliby rady wykonać całej kompozycji na żywo. Tymczasem przy kilkunastu osobach na scenie „Romy” stało się to możliwe. Sekcja operowa z podziałem na głosy wypadła kapitalnie. A całość wspomogła jeszcze gra świateł i efektów specjalnych. Parafrazując ulubione powiedzenie Briana Maya – „Freddie byłby zachwycony!” On uwielbiał musicale, a do swojej twórczości nigdy nie podchodził bardzo serio. Idąc na „We Will Rock You” nie wyjmujemy z szuflady Greatest Hitsów. Nie idziemy też na koncert Queen. Nie idziemy nawet słuchać coverów Queen. Przychodzimy na spektakl inspirowany muzyką spod znaku „Q”. I tutaj moim zdaniem mamy przewagę nad widownią spektakli angielskojęzycznych. Oni dostają piosenki 1:1 i rzeczywiście pojawia się pokusa recenzowania podobieństwa do oryginału. Tymczasem my dostajemy piosenki Queen po polsku, z tłumaczeniem dopasowanym do fabuły. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Tłumaczenia są po prostu genialne i robią kapitalną robotę. Płyną razem z melodią, trzymają się w rytmie i nie kłują w oczy, jakby Freddie, Brian, Roger czy John pisali w oryginale po polsku. Tam, gdzie się dało – były to tłumaczenia dosłowne i za to tym większy szacunek – bo nadal trzymały wszystkie przed chwilą wymienione parametry. Zresztą same tłumaczenie angielskich piosenek to jest temat na oddzielną analizę. Wiele słynnych piosenek w momencie tłumaczenia okazuje się kompletną grafomanią i wywołuje jedynie uśmiech politowania. Tymczasem polskie tłumaczenia hitów Queen dodatkowo podkreślają tekściarski geniusz czwórki z Queen. Te teksty opowiadają o czymś ważnym, jest w nim tyle prawdy, tylu z nas potrafi odnaleźć w nich samych siebie, swoje własne radości, rozterki, problemy, pytania i wątpliwości. Zresztą, gdyby nie te teksty, trzygodzinny musical na ich podstawie nigdy by nie powstał.



Polskie wątki

Fabuła mizerna, muzyka fenomenalna, czy zostało coś jeszcze do opisania? Oczywiście. Nawet w musicalu muzyka nie wypełnia 100% czasu. Są jeszcze dialogi. A te stanowią kolejną mocną stronę We Will Rock You. Nie brakuje dobrego humoru, a sytuacyjne żarty są skrojone pod polskiego widza, nawiązują do naszej rzeczywistości i przede wszystkim sceny muzycznej. Zabieg dobrze nam znany choćby z filmów Disneya, genialnie tłumaczonych na nasz język. Żarty i nawiązania płynące ze sceny teatru Roma trzymały poziom tekstów chociażby… postaci z serii o Shreku, w której tytułowy ogr, osioł lub kot w butach potrafią nagle rzucić żart wzięty żywcem z historii polskiego kina czy aktualnej sytuacji polityczno-gospodarczej nad Wisłą. Chapeau bas dla autora przekładu – Michała Wojnarowskiego. Skojarzenia z filmami Disneya są zresztą nieprzypadkowe – Wojnarowski tłumaczył teksty piosenek i dialogi w wielu filmach spod znaku słynnej amerykańskiej wytwórni.


Królowa Midasa

Najwyższy czas odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Marzyciel Galileo Figaro w „We Will Rock You” przywraca światu muzykę rockową, a wraz z nią radość, spontaniczność, indywidualizm i nadzieję na lepszą przyszłość. Czy poruszy też serca Polaków? Nie mam co do tego wątpliwości. Moda na Queen zyskuje kolejny katalizator. I znów dotyk Briana i Rogera zamienia wszystko w złoto.



Comments


bottom of page